Przeplotnia

Autor: 
Tadeusz Majewski
Opis: 
Przeplotnia to dobry wyraz na tytuł do tej książki. Inaczej kratownica. Widać ją na okładce. Stoję wśród przedszkolaków. Fotograf na chwilę przerwał nam zabawę, która polegała na przeplataniu ciała z piętra na piętro lub w przechodzeniu z jednego wyznaczonego przez stalowe rurki sześcianu w drugi - w pionie, w poziomie, po skosie czy według jakiejś zawiłej, wymyślonej przez każdego z osobna ścieżki. Przeplotnia to urządzenie, gdzie nieustannie zmieniasz miejsce. Teraz jestem na poziomie czy raczej w sześcianie pięćdziesięciu lat, czyli półwiecza (jakże to określenie brzmi poważnie). Ale to nie ma znaczenia. Podobnie jak na tamtej przeplotni w Kocborowie muszę co chwila nieruchomieć i rozglądać się, by określić, gdzie właściwie jestem. Przeplotnia jest w każdym momencie tej książki. Wszystko tu się przeplata i to na różnych poziomach. Poczynając od opracowania graficznego (dziękuje Ci, Lechu), kończąc na rozmaitych formach tekstów (są opowiadania, reportaże, wywiady, felietony, kawałki prozy itd.). Ale te formy są chyba tu najmniej istotne. To tylko taki zabieg, żeby nie było monotonnie. Przede wszystkim przeplatają się historie - małe „lajfy” bohaterów, często przez nich bezpośrednio opowiadane. Przeplatają się też indywidualne czasy i przestrzenie, tworząc jeden większy czas i jedną większą przestrzeń. To jest jak układanka z puzzli. Plecie się też język. Zbytnio nie ingerowałem w składnię czy w słownictwo. Zabawa w retusze byłaby tu zbrodnią. Tak mi się wydaje. Nie należy przecież zabijać emocji ukrytych w języku. Poza tym to jest przecież nasze bogactwo. Przeplatają się problemy. Przeplata się - ogólnie mówiąc - nasze życie. Na okładce stoję wśród przedszkolaków. Z uśmiechnięta pyzą, z ufnym jak psiak wzrokiem. Teraz stoję na przeplotni w sześcianie swojego półwiecza i obserwuję ludzi w innych sześcianach - tych pode mną, z boku i nade mną. Bez pretensji, że znajduję się wyżej czy niżej. Tu nie ma takich pojęć, jak ścieżka awansu, góra, dół. Na przeplotni, gdzie nieustannie zmienia się punkt widzenia, to zupełnie nieistotne. Jedyne pewne to to, że wchodzisz na nią, bawisz przez ileś tam lat, a potem - gwizdek, czas przejść do innego wymiaru. Zupełnie jak w filmie „Cube”. Miłej gimnastyki.